Events, Opinions, Polish

Marsz Żywych się „nie obronił”

Klaudia Klimek

Klaudia Klimek

The founder of the Jewrnalism Organization. For the last 10 years she has been closely working with the Jewish community of Poland and particularly of Krakow.


 

Każdy, kto mnie zna wie, że lubię uczestniczyć w przeróżnych wycieczkach, eventach i seminariach organizowanych przez żydowskie organizacje.

Zawsze poznam kogoś ciekawego, nauczę się czegoś pożytecznego i zobaczę nowe miejsce.

 

Marsz Żywych to jedno z niewielu wydarzeń, które zaprzeczają wszystkim trzem powyższym punktom jednak to nie dla tego uczestniczyłam w nim dopiero w wieku 25 lat. Miałam wcześniej wiele okazji, jednak nigdy idea tego wydarzenia do mnie nie przemawiała, nigdy mnie nie zachęciła, może nie czułam się zaproszona?
W tym roku postanowiłam sama przekonać się jaki naprawdę jest Marsz Żywych i korzystając z okazji uczestniczyłam w nim razem z dobrymi znajomymi jak i nowo poznanymi, parę dni wcześniej na seminarium, osobami, które wybrały się na ten marsz z całej Polski. Ważnym podkreślenia jest to, że grupa jechała do Oświęcimia jako oficjalna grupa polskich Żydów. Nieśliśmy flagi Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów w Polsce, Jewish Agency for Israel w Polsce jak również biało-czerwoną flagę Polski. Jako, że mogłam w pewnym sensie zajrzeć za kulisy przygotowań seminarium i naszej obecności na Marszu, muszę przyznać, że jeszcze nie będąc w Oświęcimiu czułam się zawiedziona podejściem organizacji March of the Living (MOTL) do nas, Polaków i Żydów jednocześnie.

Ale od początku, zacznijmy od tego czym jest Marsz Żywych. Na oficjalnej stronie , można przeczytać, że jest to coroczny edukacyjny program, który ma na celu zapoznać uczestników z historią Holokaustu i przeegzaminowaniu korzeni nietolerancji, uprzedzeń i nienawiści. Tak to bardzo ciekawe, tylko czemu tych dwóch kwestii organizatorzy, chcą nauczyć uczestników właśnie w Polsce? Polska była miejscem wielu obozów koncentracyjnych, zgadzam się, ale historii Holokaustu tutaj nie doświadczymy . Historia ta zaczęła się dużo wcześniej niż same obozy, było to wiele lat polityki, zdarzeń i błędnych decyzji, które doprowadziły do tego, że władzę objął ktoś taki jak Hitler. Jeżeli chcemy historie potwierdzić krajobrazem to zapraszam do Berlina i Monachium a na ostatni dzień dopiero do Polski. Obozy koncentracyjne były zwieńczeniem chorej polityki Hitlera, ale nie jej początkiem ani też ideą samą w sobie. Co do nietolerancji i uprzedzeń to Polska również, jest złym adresem, bo znana była Żydom przez 700 lat z tego, że czuli się tutaj jak w domu. Nie dla wszystkich jest to jasne. Jedna z naszych koleżanek została obrzucona wyzwiskiem „Polish asshole” gdy szła przez Obóz w ręce z polską flagą. Nadawcą komunikatu była dziewczyna owinięta w Izraelską flagę, ale Amerykanka.

Czytając dalej stronę MOTL, dochodzimy do wątku trzy kilometrowego marszu w ciszy. Do ciszy to tu daleko drodzy państwo. Marsz zaczyna się w Auschwitz I. Koszmarny tłum, tłoczy się przed toaletami, byłam świadkiem jak Panie w wieku 50 + licytują się, która ma cięższe choroby pęcherza i wypychają z kolejki. Od razu przyszła mi na myśl historia ze wspomnień jednej więźniarki, która to opisywała jak kobiety wspierały się przy toalecie, dając sobie nawzajem te parę sekund czasu na zaspokojenie potrzeb fizjologicznych, stając wokół jednej siedzącej na „toalecie” odgradzając ją od innych tak by inne nie mogły jej zepchnąć. Ale, to tylko taka anegdota, która pojawiła się z nikąd, może właśnie przez te anegdoty nie mogłam jakoś tak biwakować jak inni pod murami baraków z kanapką i colą w ręce.

W opisie idei MOTL możemy przeczytać, że przez tydzień przed Marszem, uczestnicy zwiedzają miejsca będące niegdyś ostoją żydowskiego życia. Uwaga uwaga, w większości tych miejsc nadal są Żydzi kultywujący swoją tradycję i religię. Jeśli, rzeczywiście organizatorzy Marszu, chcieliby aby uczestnicy nawiązali dialog z polskimi Żydami skontaktowaliby się z nami przed Marszem. Tutaj sytuacja wręcz odwrotna- polscy Żydzi musieli miesiącami zabiegać o pozwolenie uczestniczenia w Marszu. Sytuacja zupełnie kuriozalna! Nie dość, że za udział w Marszu się płaci i to dość sporo to jeszcze trzeba się prosić by wejść na teren obozu, który codziennie jest otwarty dla zwiedzających za darmo. Mało tego, należy stanąć tam gdzie wyznaczono dla twojego kraju miejsce za pomocą tabliczek. Każda grupa dostaje mapkę aby odpowiednio ustawić się do Marszu, jakież było moje zdziwienie gdy zobaczyłam, że polscy Żydzi stoją na końcu zaraz koło miejsca dla grup z Austrii i Niemiec. Oczom nie mogłam uwierzyć, studiując mapkę kilkakrotnie. Byłam przekonana, że powinniśmy co najmniej być na czole pochodu a tu taki zawód. Nie zrażeni i nie ustępliwi wepchneliśmy się przed grupę z Los Angeles zrywając taśmę, odgradzającą nas od wyjścia do bramy Arbeit Macht Frei, tak w geście kooperacji i wspierania się nawzajem.

Kolejna kwestia to obecność byłych więźniów, ocalałych z Holokaustu. Już kilka razy miałam okazję być na spotkaniach z takimi więźniami, którzy opowiadają swoją historię. Młodzież, owszem słucha nawet i przeżywa, szkoda tylko, że pamięć mają krótką. Będąc w Obozie I, zanim jeszcze zaczął się Marsz, byłam świadkiem jak starszy Pan z laską przemierzał plac apelowy – były więzień. Szkoda, że go nikt nie zauważył, bo takich widoków często w życiu się nie doświadcza. A propo byłych więźniów i tego jak wszyscy są im wdzięczni za to, że są, że przeżyli, że przychodzą na takie uroczystości i poświadczają historię. Po uroczystości najpierw Obóz opuszczają politycy i dygnitarze w swoich eleganckich samochodach. Trwa to dość długo bo przepisy, bo zasady i protokoły. Byli więźniowie i gawiedź na końcu. Grupy zorganizowanie do autobusów a byli więźniowie na przystanek autobusowy. Nikt nie pomyśli o tym, by tym starszym ludziom zapewnić godne warunki przyjazdu i wyjazdu z Obozu. Po spektaklu niech każdy aktor martwi się sam jak dojechać do domu.

Już na sam koniec wspomnę ostatnie zdania z oficjalnej strony Marszu Żywych, które mówią o tym jak po marszu młodzież jedzie do Izraela umocniona w swojej żydowskiej tożsamości, pamiętająca o Holokauście i bardziej zaangażowana w swoją lokalną społeczność żydowską. Ja się pytam jakim i czyim kosztem? Kosztem historii nie do końca opowiedzianej, emocji wyreżyserowanych, dialogu nienawiązanego, przyszłych pokoleń z za wielkiej wody myślących, że w Polsce nie ma życia żydowskiego?

Pojechałam na Marsz Żywych z krytycznym nastawieniem ale i też z chęcią dania szansy i zmienienia poglądów. Niestety, wydarzenie to się nie obroniło w moich oczach. Mimo to, odbędzie się za rok i za dwa lata i jeszcze przez kilka lub kilkanaście następnych. Nie ma nic przeciwko, nawet jestem za, byle tylko narracja się zmieniła i był z tego jakiś pożytek.

Poniżej zdjęcie Aleksandry Orchowskiej, uczestniczki Marszu, która idealnie oddała "dialog" pomiędzy polskimi a amerykańskimi Żydami.

march 2013